Opowiadania na dobranoc

Posted · Add Comment

Raz kozie śmierć

Ślązoki ceniły dawniej kozy wyjątkowo wysoko. Zwierzęta te kojarzą się na Śląsku przede wszystkim z Mikołowem. Potwierdza to śląska pieśniczka: „W Mikołowie na jarmarku kupiyli my koza, co skokała i beczała, a mlyka niy dała /…/.” Bo to miasto było wielkim centrum handlu kozami w całej śląskiej okolicy. Początkowo te „kozie torgi” odbywały się w każdy wtorek oraz na jarmarkach: wiosną – na św. Jana Chrzciciela i jesienią – na św. Urszulę. Przede wszystkim jednak masowo handlowano kozami na wiosennym jarmarku świętojańskim. A dlaczego kozy były tak popularne? To proste! Dawniej, gdy panowała bieda, zwierzę to stawało się prawdziwą żywicielką całej rodziny. Kozy dawały mleko, z którego wyrabiano ser i masło, mięso i futro. Hodowanie niewymagającej kozy uczyło też zaradności i oszczędności, bo kozy można było łatwo wykarmić, pasąc je pod płotami, w rantach, czyli rowach albo na beszongach, czyli na nasypach kolejowych. To oczywiście wymagało pracy, lecz nie przymierało się głodem. Dlatego z historycznego punktu widzenia kozie należy się na Śląsku pomnik. I to nie tylko w Mikołowie.

Dzisiaj jednak chcę opowiedzieć o śmierci kozy a właściwie o próbie wymordowania wszystkich kóz na Śląsku i całej Polsce. Brzmi to strasznie i trochę nieprawdopodobnie, ale tak było. Opowiedział mi o tym Jarosław Sekuła. Jest to Ślązok, rolnik i hodowca, mieszkający dzisiaj w powiecie kraśnicki. Jest autorem przewodnika o hodowli osłów a teraz pisze książkę o kozie. I właśnie pochwalił się, że zebrał nieznane dotąd powszechnie materiały na temat próby zlikwidowania wszystkich kóz w Polsce. Rozpoczął to w czasach komunizmu, w 50. latach XX wieku szef partii władzy – Władysław Gomułka. Jemu koza kojarzyła się z przedwojenną wiejską i drobnomieszczańską biedą. A skoro w Polsce miał być socjalistyczny dobrobyt, to koza jako symbol starej biedy – musiała zniknąć. Nakazał więc wydawać dekrety, zarządzenia, rozporządzenia czy zakazy hodowli, sprzedaży czy kupowania kóz. Jego kozia obsesja nie skończyła się, gdy po nim władzę w Polsce przejął Edward Gierek. Wtedy nawet po wsiach jeździły specjalne inspekcje weterynaryjne, gdzie latem praktykowali studenci tego kierunku. Robili oni wprost łapanki na kozy – a gównie na kozły – i na miejscu je kastrowano. W tych czasach słusznie minionego komunizmu, żadne gospodarstwa specjalizujące się w hodowli kóz, sprzedaży koziego mleka czy sera – były nie do pomyślenia. Koza przetrwała wtedy tylko w przydomowych chlewikach, gdzie ręce państwa nie dotarły. Był to – na szczęście – jeden z wielu pomysłów, którym się komunistom nie udał.

 

Opowiadanie napisał: Marek Szołtysek

 
snowflake snowflake